niedziela, 8 stycznia 2012

Co mnie tu dziwi

W sumie to złapałem się na tym, że już niewiele. Znaczy się chyba się zestarzałem. Wciąż za to wiele rzeczy mnie zachwyca, co z drugiej strony może oznaczać, że jeszcze nie zestarzałem się na amen. Z rzeczy, które wciąż mnie tu dziwią lub irytują na pierwsze miejsce wysuwa się tutejszy styl jazdy rowerem. Rowerzystów lokalnych jest dużo, mimo zazwyczaj niesprzyjającej aury pogodowej. Sądząc po liczbie zaparkowanych tu i ówdzie pojazdów, rzekłbym, że nawet jest ich bardzo dużo. W zasadzie wszyscy jeżdżą w kaskach, hełmach i innych nagłownych ochraniaczach z tworzyw twardych, ale za to w większości – nawet o zmroku – nie używają świateł. Co prawda jeżdżą głównie chodnikami (co jest idiotycznym pomysłem, zważywszy na ich przeciętną jakość, no i na fakt, że sieć ścieżek w Ann Arbor jest prawdopodobnie dłuższa niż w Warszawie), ale jazda bez świateł, nawet w hełmie z kevlaru jako żywo przypomina mi to:
http://wulffmorgenthaler.com/strip/2009/12/18/
I nie jestem w stanie odgadnąć, w jaki sposób można się tu poruszać kolarką, a kilkanaście już osób takich spotkałem. Na moje oko, sądząc po stanie dróg i chodników, po pół godzinie jazdy takim sprzętem wyciągałbym rower nie bez bólu z wrażliwych części ciała. Może to tłumaczy brak świateł? Przygodni kolarze nie chcą, by ktoś był świadkiem ich cierpienia?

W aptece lekkie zdziwienie budzi pokaźnych rozmiarów gablota z alkoholami wszelakiej maści. Większy wybór mają tylko w klasycznym monopolowym. Zawsze podejrzewałem, że trunki wysokoprocentowe mają nieujawnione szerzej właściwości lecznicze. Poza tym w aptece można oczywiście kupić też bardziej standardowe (choć pewnie mniej skuteczne) lekarstwa. Zupełnie zachwycił mnie słój wielkości dorodnego niemowlaka zawierający 10000 (czy jakąś równie kosmiczną liczbę) tabletek witaminy C. Myślę sobie, że nawet w przypadku witaminy C taka ilość jest w stanie zabrać człowieka na ciemną stronę księżyca i z powrotem.

Pomoc sklepowa. Uch, dla osoby o skłonnościach introwertycznych i kontemplacyjnych, tutejsza obsługa jest zabójcza. Po to mają sześćdziesiąt rodzajów keczupu, bym mógł podumać nad ulotnością życia w ich towarzystwie, prawda? Gdybym wiedział jakie piwo z lodówki ciągnącej się po horyzont wybiorę tym razem, byłbym zwykłym alkoholikiem, nie koneserem. Oczywiście jak spod ziemi wyrastają usłużni pracownicy pytając, czy nie potrzebuję pomocy… Potrzebuję, a jakże. Przydałaby mi się pomoc przy dziecku albo pomoc merytoryczna w zakresie modelowania strukturalnego… A tu, wśród keczupów mogę sobie spokojnie od tego odsapnąć, dziękuję.

Kolejna męka przy kasie, gdy pani (lub pan) pyta z promiennym uśmiechem „How are you?”. Coś tam zawsze z siebie wybełkoczę, bo i tak nie ma to większego znaczenia, ale początkowo zupełnie wybijało mnie to z rytmu. Apogeum osamotnienia kulturowego w tym względzie osiągnąłem, gdy dostałem zapalenia ucha. Boli jak cholera, w głowie się kolebie, samopoczucie takie sobie. No to do lekarza. W placówce zdrowia wypełnienie świstków i już odbiera mnie pielęgniarka, która, oczywiście, pyta mnie „How are you today, sir?”. No więc, zgodnie z prawdą, odpowiadam „Not so well”. Mało się nie przewróciła, gdy dotarło do niej, że ta fraza nie pokrywa się z „Excellent, madame”. Później to samo powtórzyłem z lekarzem, ciekaw będąc co się stanie. On z kolei się odnalazł i stwierdził (choć też po namyśle), że gdybym się czuł świetnie to raczej bym nie przychodził. Jup, that’s the point.
Aha, odpowiadanie „Fine, and you?” nie działa. Nie wiem czemu, ale nie działa.

Ciekawą przygodę przeżyłem też przy kasie w ramach kupowania alkoholu. To, że Anię poprosili raz o paszport, niedowierzając, że posiada przepisowe 21 lat, mnie nie dziwi, gdyż moja małżonka młodo wygląda, ale po mnie widać już chyba niejakie zużycie, prawda? Włos może jeszcze bujny, ale choćby po stanie ubrodzenia można wnosić, że zim nieco więcej za mną niż 21. Ale po części rozumiem, mogłem zacząć zapuszczać brodę w wieku lat 14, obecnie mieć 20 i tylko od nadużywania nielegalnie kupowanych napojów wyskokowych wglądać na więcej niż w rzeczywistości. Aha – dowód osobisty się nie liczy, bo w dowodzie same bzdury są: 27.04.1978. No coś pan, nie ma takiego miesiąca jak 27…

Na koniec garść informacji lokalnych:
Dziubek nauczył się chodzić w wigilię swych urodzin i jak do tej pory wciąż doskonali swe umiejętności, pokonując przeszkody stylem mieszanym, dwu i czworonożnym.
Zima była, ale jak na razie szlag ją trafił. Podobnie jak w Macierzy, zima lekką jest, ostatnio odnotowaliśmy 10 stopni na plusie, które wykorzystałem, ruszając na cycling. Bez kasku, ale za to ze światłami.
Mieliśmy za to kawałek zimy w Kanadzie. Nawet i -16 stopni Celsjusza odczuliśmy w Montrealu. A poczułem się naprawdę słabo, gdy w Trois Rivieres oglądając pogodę na kolejne dni zobaczyłem front atmosferyczny niosący ze sobą ochłodzenie: -45 stopni Celsjusza… No, to by była zima. (Przypomniał mi się dowcip, gdy do kuzyna z Syberii dzwoni Rosjanin z Moskwy i mówi: „Stary, w radio powiedzieli, że u Was na Syberii to -60 stopni jest”. Na co kuzyn: „Gdzie tam, bzdury. Patrzę na termometr i ledwo -30 pokazuje”. „A ja usłyszałem, jak spiker mówił, że na Syberii na zewnętrz temperatura sięgnęła -62 stopnie”. Na co kuzyn: „A, no chyba, że na zewnątrz…”). No cóż. Polska diaspora w Ann Arbor twierdzi, że jeszcze misie polarne mogą wyżerać nam śmieci spod domu. Pożyjemy, zobaczymy.

Ł&A&A&Z

niedziela, 25 grudnia 2011

Les Polonais du Canada

Jako że nie sposób usiedzieć zbyt długo w jedynym kraju, postanowiliśmy wybrać się na krótką bożonarodzeniową wycieczkę do Kanady. Ponieważ miła ta kraina jest w połowie zasiedlona przez indian, a w połowie przez Domaradzkich czujemy się tu jak nieprzymierzając w domu.
Nie mówiąc o tym, że na myśl o spędzaniu Świąt w gronie bachorzo-domowym dostawaliśmy z Lukiem lekkich drgawek. Co prawda wizja dziesięciogodzinnej samochodomęki w tym samym towarzystwie też nie napawała optymizmem, ale z dwojga złego lepsze to nieznane.

Ruszyliśmy więc naszym gigabusem w wilię Wigilii na północny-zachód. Droga przebiegła nadzwyczaj sprawnie - Zofia łaskawie obserwowała mijane krajobrazy i cuda architektury (nie ma to jednak jak przetrzymać dziecię przez miesiąc w domu, od razu docenia wycieczki), Asia pozbawiona cukru, za to wyposażona w babyproof słuchawki popadła w lekką śpiączkę. Nie pozostało nic innego niż pruć do przodu.

Tym oto sposobem w 9,5 h zrobiliśmy ponad tysiąc kilometrów do Ottawy. Małe to miasteczko, nieco przypadkiem stało się stolicą tego ogromnego kraju. Z tego co rozumiem, jest to głównie zasługą jego strategicznej pozycji w trakcie wojny z Wielkim Bratem.
Tak czy siak Ottawa (czyt. Otała) jest chyba kwintesencją kanadyjskiego stylu życia. Przez miasto biegnie kanał, który o tej porze roku staje się wielkim lodowiskiem. Jest też powszechnym zwyczajem używać go do transportu - w zimie do pracy na łyżwach, w lecie kajakiem, ech. Centrum jest maleńkie i składa się głównie z knajp i małych sklepików. Gdzie okiem sięgnąć nie uświadczysz wieżowca, ani billboardu. Cisza, spokój i budynki rządowe w stylu wiktoriańskim. Tylko muzea nieco bardziej nowoczesne.

Dom Jerzyka i Michelle jest bardzo duży, dwupiętrowy, więc mieścimy się bez problemu. W salonie przy kominku piękna, bardzo swojska choinka pod sam sufit. Dziubek w lekkim szoku.
W nocy pada śnieg, wiec Wigilia jest zimowa - od rana mróz -12C.
Poranek zaczynamy bynajmniej nie postnie - Jerzyk przygotował pyszne zimowe śniadanie złożone ze smażonych ziemniaków, boczku i jajek sadzonych. Zanim się zorientowałam, że dziś Wigilia, boczek był nie do odratowania :-)

Pierwsza niespodzianka (ech te stereotypy...) - przygotowanie kolacji spoczywa głównie w rękach męskich. Jerzyk wraz ze Stefanem krzątają się w kuchni już od południa. W menu pieczony łosoś w sosie berneńskim, scallops w boczku (może to jednak jakiś postny był?), pieczone ziemniaki, sałatki. Za jakiś czas przyjeżdża rodzina z Motrealu i Trois-Rivieres. Wraz z Hanką przyjeżdża masa jedzenia – barszcz z tortellini (nie bądźmy pryncypialni), mizeria (?), sałatka z selera i słodycze z polskiej cukierni (sernik, piernik i pączki). Ku radości Asi pojawiają się też znakomite (czyt. żydowskie) kiszone ogórki.


W kuchni wre praca – Jerzyk, Stefan i Jacek (który uczy synów - Alexa i Chrisa - robienia sosu berneńskiego) szaleją nad garnkami. Kobiety z kieliszkami białego wina spokojnie ich obserwują, dyskutując o pracy ;-)

Łamiemy się opłatkiem, a potem okazuje się, że trzeba wypić wódkę za zdrowie śp Agnes i Jerzego, czyli założycieli całej tutejszej Rodziny. Wszyscy są zdziwieni, że u nas nie pije się wódki na Wigilię – najwyraźniej Jerzy wprowadził taki zwyczaj w swojej kanadyjskiej rodzinie, sprytnie uzasadniając to uświęconą polską tradycją. Z naszej strony jedynym wkładem jest sos tatarski, bo pierniczki niestety nie wytrzymały próby czasu.

Atmosfera jest strasznie miła, w kominku pali się ogień, wszyscy gadają, jedzą, śmieją się. Starsze pokolenie rozmawia z nami po polsku, między sobą swobodnie mieszają angielski i francuski. Po kolacji wymieniamy się prezentami – Zosia dostała piękny dom dla lalek i meksykańskiego kotka, Asia zachwycona swoim ipodem, szalikiem, nowym obiektywem do aparatu i meksykańską czapką.. Kolęd nie śpiewamy, ale słuchamy Adele, a potem Mumford and Sons, Didier'a i Możdżera.

W pierwsze święto Jerzyk zabiera nas na wycieczkę "na wieś". Najpierw przejechaliśmy na drugą stronę rzeki, gdzie kończy się Ontario, a zaczyna frankofoński Quebec. Potem dalej na północ do Old Chelsea i nad jezioro Meech. Przyroda i widoki piękne, jezioro ogromne i prawie w całości skute lodem. Pierwsi śmiałkowie już popylali na biegówkach. My zaś uprawialiśmy sliding naszym Mercurym. Przyczepność prawie żadna. Chyba bez opon zimowych nie da rady przetrwać tej zimy. Na szczęście udało się wrócić bez problemu, ale ABS był ciągle w użyciu. Teraz pozostaje mieć nadzieje, że przed naszym jutrzejszym wyjazdem do Trois-Rivieres Kanadyjczycy wezmą się za odśnieżanie.

Resztę dnia co szczęśliwsi członkowie rodziny przespali, a pozostali zajmowali się zjadaniem choinki, zrywaniem bombek i ściganiem kotów.
Na kolację pyszny indyk z żurawinowym sosem i puree z jamów o wściekle pomarańczowym kolorze (przyprawione sokiem pomarańczowym - pyszne). Teraz już chyba pozostaje tylko spacer nad kanałem i lepienie bałwana z niegrzecznych dziewczynek :-)

niedziela, 13 listopada 2011

lelonki, ihaa


Wygląda na to, że żyjemy w jakiejś dziczy. Dookoła ganiają hordy wiewiórek, mamy jednego królika w klombie (co więcej: ludzie tu nawet wyprowadzają króliki na spacer... Serio). Są takie małe myszowate squirelle (takie jak w Brygadzie RR, jak słusznie zauważyła Ania). Są też na przykład bernikle kanadyjskie:


i takie dziwne białe kaczki ;-):


No i oczywiście są lelonki. Te ostatnie nie są powszechnie lubianymi członkami społecznści annarborańskiej, są tacy, którzy narzekają, że zjadają im roślinność... A przecież są takie słodkie (niczym Dziubek, który też zżera roślinność i nie tylko...).
Lelonki można spotkać w różnych miejscach, najczęściej można je niestety spotkać w wersji "przejdę przez autostradę po nocy, nikt się nie zorientuje". Można jednak spotkać je również w wersji bardziej żwawej. Takie spotkanie zafundowały nam te słodkie stworzenia w miniony weekend. Oddając głos Asi:
"W ten weekend byłam z tatą dwa razy w lesie (w sobotę i w niedzielę). Jechaliśmy na rowerach (z aparatami w plecakach rzecz jasna), kiedy przyjechaliśmy pierwszy raz tuż przy "wejściu" tata zauważył tak zwanego lelonka (czyli jelonka ale w tym przypadku była to łania, lelonek w prawdziwym znaczeniu będzie później). Szybko mnie uciszył (bo mam zwyczaj gadać) i wyjął aparat lecz, niestety żadnego zdjęcia nie zrobił, bo miał zły obiektyw... 
Ale ja podeszłam blisko i pstryknęłam:



I jedną łanię:



Dziś jednak tata przyszedł zaopatrzony w dobry obiektyw i pstryknął piękne zdjęcia łani a w zasadzie dwóch."

A oto i owe łanie (ihaa!), a w zasadzie jedna łania z dwiema głowami:


Prócz tej całej słodkiej menażerii jest także zwierzę zupełnie tajemnicze, niedostrzeżone do tej pory gołym okiem. Szybkie chyba nie jest, jeśli więc napatoczy się przed obiektyw, dam znać. Tymczasem zajawka:


Z Ann Arbor,
Ł&A

Ł&A&A&Z

niedziela, 6 listopada 2011

Sneaky mum

Postanowiłam się poświęcić w imię nauki i wybrać z Asią na trick-or-treat, w zwaną tu swojsko halołinem Wigilię Wszystkich Świętych. Ale zacznijmy od początku..

Przyjechaliśmy 15 września. Po pierwszej wizycie w sklepie miałam poczucie, że Halloween już najwyraźniej minął, bo wszędzie jakieś dyniowo-kościotrupowe wyprzedaże. Widać wzgardzone resztki zostały do zbycia. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy okazało się, że to dopiero początek. Z czasem, duże w końcu sklepy, zapełniały się wszelkiego rodzaju akcesoriami w kształcie dyni lub w dyniowy deseń. Na półkach spożywczych zresztą wciąż rządzi dynia w puszkach (pewnie jeszcze zeszłoroczna, w końcu ile pumpkinu można zjeść?).

Mniej więcej w połowie października z przerażeniem odkryłam, że dziecię w wieku szkolnym już od dawna powinno mieć halołinowy kostium. Nabyć owo cudo można w każdym sklepie, od spożywczego do księgarni. Do wyboru: kapelusz szpiczasty&peleryna, czarne lycrowe etui z kościotrupem, brokatowa balerina&diadem, no i oczywiście dynia. Estetyka tego badziewia była jednak na tyle odstraszającą, że sprawa przebrania się odwlekła. Miałam jeszcze cichą nadzieję, że uda nam się znaleźć jakiś gustowny kostium w mieście stołecznym Czikago, ale skończyło się na tym, że byłyśmy zupełnie nieprzygotowane na nadchodzącą najsłodszą noc w roku. Szczęściem Joanna entuzjastycznie zareagowała na last minute sugestię przebrania się za arabską księżniczkę, co było jedyną możliwą opcją, biorąc pod uwagę braki w naszej emigranckiej szafie (wiem, wiem, że była to sugestia nielicująca z moimi feministycznymi poglądami, ale zabrakło mi wyobraźni na kostium bardziej poprawny politycznie). A tak opędziłyśmy sprawę trzema chustami i Asi szarawaro-spodniami.

Chwilę przed zapadnięciem zmroku wybraliśmy się z Mikołajem (lat 10) i kobiecą ekipą bodyguardów na obchód naszego kwadratu. Do tego celu Asia musiała zostać jeszcze wyposażona w pojemnik na cukierki. Większość dzieci używa w tym celu plastikowej dyni (dziwnym nie jest) bądź kociołka. Biorąc pod uwagę ich ograniczone rozmiary, uważam, że Asia wyszła na swoje z pożyczoną wielką miską :-)

Nie wiem czy to kwestia naszego nudnego neighbourhoodu, ale dekoracje halołinowe jakby bez polotu. A już na pewno nie straszne. Za to nasza administracja jakiś miesiąc wcześniej przyozdobiła wejście dwoma urodziwymi zombiakami, jednym nagrobkiem i gadającym Frankensteinem. I wielkim pająkiem zwisającym u powały. Aż szkoda, że nie będziemy tu w przyszłym roku, żeby sprawdzić czy dekoracje się powtarzają, bo wyglądało to na sporą inwestycję. Jeżeli jednak chodzi o domowe dekoracje, to w Chicago były ładniejsze – stare domy obciągnięte pajęczyną i światełkami wyglądały wieczorem całkiem nastrojowo. No, ale nie o dekoracje tu przecież chodzi. W praktyce rzecz polega na tym, że domy, w których zostawia się nad drzwiami zapalone światło biorą udział w wydawaniu słodyczy nieletnim. Przebrane dzieciny żebrzą więc od drzwi do drzwi, a znękani dorośli z małym entuzjazmem dosypują im do kociołków kolejne słodycze. Przy czym od razu zaznaczę, że radosne dziecięce „trick’R’treat” z żebraniną nie ma tu nic wspólnego. Pobrzmiewa w nim raczej mieszanina znudzenia i groźby.

Jeszcze dwa słowa o przebraniach. Naprawdę słitaśne (że zacytuję Joannę) były małe dzieci przebrane za smoki, misie czy mini kościotrupki. Wśród większych zdecydowanie królowały wiedźmie kapelusze i powiewne płaszcze cięte w ząbek. A gdzie brokat, dumna bladość oraz wydatne zęby przednie ja się pytam? Widziałam też jedną sztukę Świętego Mikołaja, co uważam za dowcipne i przyszłościowe :-) Rodzice maszerujący w bezpiecznej odległości za dzieciarnią z reguły nie są przebrani, więc moja wizja arabskiej królowej nie została wcielona w życie.

Oczywiście, przed wyjściem z domu należy zapoznać się z instrukcją bezpieczeństwa.. Oprócz tego, że trzeba pouczyć dziecko, żeby nie dało się potencjalnym zboczeńcom zwabić do domu, każdy rozsądny rodzic ma też obowiązek dokładnie sprawdzić wszystkie otrzymane słodycze pod kątem zawartości odłamków szkła i metalu. Poza tym kostium ma być bezpieczny, tzn. zapewniać widoczność po zmroku, uniemożliwiać potknięcie, uduszenie, nie ograniczać widoczności. To, że bieganie jest niewskazane uznać należy za oczywistość. Banda killjoyów.

W moim instytucie też się nie obyło bez przyjęcia z okazji. Ekhm. Pizza & cola sounds like fun? No dobra, był też konkurs na najstraszniejsze ciastko domowej roboty. Aż żałuję, że nie wystartowałam, ale doszłam do wniosku, że nie jestem pewna tutejszej definicji „strasznego” wypieku. Oczywiście były to głównie cupcake z motywem dyni... Scary, isn’t it?

PS. Tu można i warto zobaczyć skąd pomysł na tytuł.

czwartek, 3 listopada 2011

dziwna okolica

Ech, my tu na obczyźnie tęskniący za stronami rodzinnymi, gdzie bursztynowy świeżop i tak dalej, możemy ratować się czytając wieści z kraju, co szybko się nudzi (Ziobro, Wrona, TuSK 154, ileż można), bądź słuchając muzyki, co jest lepsze. Stąd też tytuł posta, nawiązujący jak najbardziej.

Z braku laku wybieramy się jednak na koncerty tutejszych bądź prawie tutejszych gwiazd. Z tych pierwszych, to już w poniedziałek czeka nas Rachael Yamagata, która - obawiamy się - na żywo może być zupełnie nieznośna... Choć jest szansa, że raczej pójdzie w takie klimaty i wówczas da się znieść. W każdym razie płyty Elephants słuchałem po wielokroć i bardzo miło ją wspominam.

Absolutnym jednakże muzycznym kilerem ostatnich dni jest Mumford & Sons, który rozsmarował mnie zupełnie. Uwielbiam taki folk&roll. Chłopaki ewidentnie mają ADHD. Niestety, nie wybierają się obecnie w okolicę Wielkich Jezior. Może jeszcze zdążą za naszej bytności tutaj.

Tak, czy inaczej, poniżej kilka obrazków z okolicy. Złota Michigańska Jesień to przychodzi, to znów znika. Zdjęcia robione jeszcze za jej bytności. Oczywiście zdjęcia powiększają się po kliku:


I na koniec fallout :-):



Ł&A&A&Z

niedziela, 23 października 2011

woda spada, zdjęcia lecą

Obiecane kilka zdjęć. Najpierw Niagara, gdzie, jak widać, bawiliśmy się świetnie. Po klyknięciu w zdjęcie powinny otworzyć się większe wersje.





















A na koniec, w ramach bonusu: hajlujący Indianin (?)


Ł&A&A&Z

czwartek, 20 października 2011

Nuda i puchy

Cóż. Wiele się nie dzieje. Lato w końcu się poddało, po heroicznej walce, i w końcu po przepięknym wrześniu mamy siąpiący październik. Ale podobno słoneczne dni nie powiedziały ostatniego słowa. To trochę dziwne, doświadczyć złotej polskiej jesieni (pierwszy raz od wielu lat!) na obcej ziemi. Następna faza to podobno nagły atak zimy. Ciekawe, czy tu też ona zaskakuje drogowców. Z tego, co się zorientowaliśmy to zima wygląda mniej więcej tak, jak w Fargo. Hm.

Jeszcze za rządów lata wybraliśmy się nad Najagrę. No pięknie, panie, tyle, że bez sensu ;-). Tyle wody leci w dół i po co? A ja kran zakręcam przy myciu zębów, ech. Natura rozrzutną jest. Ale za to Kanadyjczycy nieźle podświetlają wodospady w nocy. W następnym poście wrzucę trochę zdjęć. Asia wzięła też wodę z wodospadu (i kamyki), na które obecnie natykam się otwierając lodówkę. Obawiam się, że w końcu łyknę nieświadomie w nocy niagarowej wody (z kamykami).

Byliśmy (bez dzieciąt) na koncercie Primusa w Michigan Theater. To smutne, ale pierwsze co się rzuciło w uszy to dźwięk. Słychać było wokalistę! Czemu prowincjonalne miasto koło Detroit może mieć porządną salę koncertową, w której wszystko słychać, a stolica europejskiego kraju nie? Przy okazji dostaliśmy winylową wersję Green Naugahyde za darmo - trzeba było tylko łaskawie zgodzić się, by prąd dostarczany do naszego apartamentu pochodził z energii odnawialnej. Czemuż mieliśmy się nie zgodzić? 100% dobra wszak :-). Przy okazji okazało się, że miejsce owo znalazło świetny sposób na podwyższenie swoich funduszy. Otóż alkohol (piwo konkretnie) można było kupić tylko, jeśli jest się członkiem klubu przyjaciół Michigan Theater. Członkostwo można zaś kupić za 5$. Sprytne.

Co się tyczy piwa, to powoli staję się ekspertem. W Michigan działa mnóstwo lokalnych browarów, z czego najbliższy w Ypslanti (choć nazywa się Arbor Brewing). Każdy z tych browarów produkuje kilka-kilkanaście rodzajów piwa, można więc przebierać i wybierać. Z żalem przyznaję, że lokalne piwo zazwyczaj trzyma wyższy poziom niż to, co można dostać w Polsce (acz, oczywiście, jeszcze trochę brakuje tutejszemu rynkowi do takiej Belgii) Do tej pory zawiodłem się tylko na jednym piwie, które nazywało się pięknie (Cereal killer), lecz w smaku nie było już tak uroczo. Za to urzekło mnie piwo Diabolical zawierające 6,66% alkoholu (yeah!).

Poza tym zagłosowaliśmy w wyborach powszechnych. Jak przystało na rasową emigrację zagłosowaliśmy oczywiście tak, by w kraju działo się jak najgorzej, by móc potem narzekać, że źle się dzieje. A co. Zagłosowaliśmy korespondencyjnie, zamawiając karty do głosowania z samego Szikago. Ponoć to pierwsze wybory, kiedy można było w ten sposób zagłosować. Jednak coś tam robią w tym Em-es-zecie, a nie tylko siedzą na fejsie, jak sądziłem do tej pory ;-).

Przegląd rodzinny:
- Dziubek ma pięć zębów (chyba)
- Asia odnalazła się w szkole (nawet stwierdziła raz, że tu jest fajniej, bo tutejsi chłopcy mają "jakąś kulturę osobistą")
- Ania była dwa razy w Detroit (i jej nie zastrzelili. Nie poznała też osobiście Eminema.)
- A ja wciąż jestem kogutem domowym

Zdjęcia jakie jeszcze wrzucę, hej.

Ł&A&A&Z